Dzisiaj postanowiłam w trakcie moich rozmów „Żyć pasją” spotkać się z osobą, której zainteresowania sięgają korzeni, z których wyrosłam i ja - z harcerstwa. Odwiedziłam więc w Średniej Wsi druhnę podharcmistrz Małgorzatę Kowalską, zastępcę Komendanta Hufca Bieszczadzkiego ZHP w Lesku.

Przyznam się szczerze przed czytelnikami, że odkąd sięgam pamięcią, zawsze utożsamiałam Cię - po pierwsze jako osobę, z którą współpracowałam wiele lat temu w miesięczniku leskim „Obserwator Bieszczadzki”, a po drugie właśnie jako instruktorkę harcerską. Powiedz mi Małgosiu - skąd u Ciebie ta pasja harcerska?
Tak naprawdę to od dziecka. Rozpoczęłam przygodę harcerską już w pierwszej klasie szkoły podstawowe. Pochodzisz z tych bieszczadzkich rejonów? Tutaj rozpoczynałaś pierwszą klasę?
Nie. Pochodzę z Działdowa, w województwie warmińsko-mazurskim.
No proszę. W moich kolejnych kochanych rewirach Polski.
Działdowo dawniej należało do Prus Wschodnich, tak więc o mieszkańcach Działdowa mówiono Krzyżacy. Muszę się przyznać, że mimo iż mieszkałam w tamtych rejonach tylko 10 lat, bo w tym czasie moi rodzice zdecydowali się przeprowadzić w Bieszczady, to jednak cały czas mam w sobie sentyment do tamtych miejsc.
Rodzice przeprowadzili się dlatego, że mieliście tu swoich bliskich?
Kilka lat wcześniej przeprowadził się w Bieszczady brat mojego taty. Rodzice zaczęli przyjeżdżać na wakacje i tak im się podobało, że postanowili się przeprowadzić do Leska. Wracając jednak do harcerstwa, po przeprowadzce oczywiście kontynuowałam swoją przygodę harcerską.
Czy to były czasy kiedy komendantem Hufca Lesko był druh harcmistrz Tadeusz Domożyk? Pytam, ponieważ będąc w tamtych latach kierownikiem Wydziału Zuchowego przy Komendzie Chorągwi ZHP w Kośnie współpracowałam z druhem Tadeuszem.
Właśnie tak.
No to powiedz jak wspominasz te czasy?
Przesympatycznie. Będąc wtedy jeszcze harcerką, byłam już przyboczną zuchów, bo już od wtedy „kręciła mnie” praca z młodszymi, opieka nad nimi, organizacja różnych działań harcerskich. Natomiast gdy poszłam do Liceum Ogólnokształcącego w Lesku, był to rok 1980. Trafiłam już na dobry czas, ponieważ na szczęście  zlikwidowano drużyny HSPS czyli „Harcerską Służbę Polsce Socjalistycznej” i zaczęło wkraczać harcerstwo starsze. Powstawały drużyny starszoharcerskie bardzo mocno nawiązujące do skautingu, do korzeni, z szarymi mundurkami, które wręcz uwielbiałam. Było nas wówczas kilka tak szalonych dziewczyn - harcerek w liceum. Jeździłyśmy na ogólnopolskie akcje i zloty szkoleniowe starszoharcerskie. Były to i obozy wędrowne i stacjonarne, zlokalizowane w różnych częściach Polski.


Czyli rozumiem, że stawałyście się już wtedy młodszymi instruktorkami, które pracowały w drużynach jako przyboczne, tak?
Tak. Na wszystkich tych obozach, działając metodami harcerskimi, uczyłyśmy się jak pracować z zuchami i harcerzami.
Co to znaczy - że pracowaliście metodą harcerską? Ja wiem, ale chciałabym aby czytelnicy też to wyczytali.
To jest metoda pracy przez działanie - kontakt z naturą no i służba drugiemu człowiekowi, a przede wszystkim wszechstronny rozwój.
Czyli wszelkie działania warsztatowe, tak modne w chwili obecnej sięgają do korzeni harcerskich?
Taki model pracy ma już ponad 100 lat, gdyż na tym polegał i polega skauting. Od 1911 roku metodę tę ujął w ramy Andrzej Małkowski i Olga Małkowska i na tym opiera się do dziś. Jest ona niezmienna. Przetrzymała różne zawirowania ustrojowo polityczne i nadal trwa i ma się dobrze.
Rok 80. o którym wspomniałaś, był dość specyficzny gdyż nastawała transformacja ustrojowa. Czy harcerstwo w tamtych czasach według Ciebie było uwikłane w politykę czy raczej udało się mu wyjść obronną ręką?
Osobiście mogę mówić o tych latach w których ja działałam. W szkole podstawowej, jako mała harcerka, kompletnie nie wiedziałam o żadnej ideologii. Po prostu szło się na zbiórkę i świetnie się bawiło, działało, uczyło. Później, gdy byłam już w szkole średniej, tak jak wspomniałam, nie było już HSPS-u. Ja uczestniczyłam już w harcerstwie starszym, pięknie nawiązującym do korzeni. Absolutnie uważam, że w żaden sposób nie byliśmy wykorzystywani politycznie. Działaliśmy tak jak chcieliśmy. I tak a propos druha Domożyka - pamiętam go od czasu, gdy przychodziłyśmy z koleżankami do hufca, który mieścił się w Bieszczadzkim Domu Kultury. Druh Tadeusz już w drzwiach, z wielką sympatią krzyczał: O znowu te „wariatki” przyszły. I to miało takie naprawdę piękne i ciepłe zabarwienie. Nie ukrywam, że osobiście nawet dziś - jako instruktorka, bardzo dużo druhowi Domożykowi zawdzięczam. Dalszy mój etap harcerski, to już studia. Jednak nadal byłam przysłowiową „wariatką harcerską” gdyż zdarzało się, że na zajęcia biegłam w mundurku.
Gdzie i co studiowałaś?
Dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.
Pięknie.
Wtedy właśnie dołączyłam do kręgu instruktorskiego przy Instytucie Resocjalizacji i jednocześnie prowadziłam drużynę harcerską w ośrodku wychowawczym dla dziewcząt. Było to dla mnie ogromne wyzwanie, gdyż jako młoda dziewczyna musiałam się stykać z wielkimi problemami i trudnymi charakterami tych dziewcząt.
Jednak myślę, że wiele cię to nauczyło.
Dokładnie tak. Przecież pochodziłam z małego Leska, w którym nie miałam do czynienia z takimi osobami. Musiałam się wiele nauczyć, aby trafić do tej trudnej młodzieży.
To były jakie lata?
Ja studiowałam w latach 1984- 1989. Ale kontynuując, muszę się przyznać, iż musiałam nawet nauczyć się ich żargonu. Pewnie trochę z własnej naiwności i niewiedzy wzięłam tę drużynę. Myślałam, że jak dziewczynka zrobi sympatyczną minkę, to już na pewno będzie cudownie. To co mi ogromnie pomogło to fakt, że zawsze wierzyłam w ludzi. Po studiach niestety miałam trochę przerwy w moim szaleństwie harcerskim. Powróciłam dopiero około dziesięć lat temu, zakładając drużynę starszoharcerską w Gimnazjum w Mchawie.
Rozumiem, że była to Mchawa, ponieważ tam pracowałaś.
Pracowałam właśnie jako nauczyciel. I to koleżanka namówiła mnie do założenia drużyny. Na początku nie byłam przekonana do tego pomysłu. Wydawało mi się, że w obecnym czasie harcerstwo nie przemówi już do młodzieży. Okazało się jednak, że bardzo się myliłam. Młodzieży ogromnie spodobały się harcerskie formy i metody pracy.


Co Małgosiu najbardziej urzekło Cię w harcerstwie? Co Ty jako człowiek, wzięłaś dla siebie dobrego z faktu bycia zuchem, harcerzem i instruktorem?
Harcerstwo nauczyło mnie aktywności. Wręcz nie potrafię usiedzieć na miejscu. Ciągle muszę coś robić. Szukam wyzwań i wynajduje jakieś nowe ekspresje, nowe działania. Dzięki harcerstwu poznałam też wiele wartościowych osób z całej Polski. Czerpałam ogromną radość z poznawania ludzi. Wspólne śpiewy przy ognisku, siedzenie do późna w kręgu harcerskim, to ogromnie zbliżało.
I zapewne bez grama alkoholu, z gitarą w ręku, z rozmowami o wartościach i tak dalej...
Tak. Czasami rozmowy toczyły się wręcz do wschodu słońca. Rozmowy, które dawały pozytywnego kopniaka do życia, do działania. Z reszta do chwili obecnej bardzo często jeżdżę na różnego rodzaju kursy doskonalące, a robię to po to, aby spotkać się z innymi ludźmi, wymienić doświadczenia, zobaczyć jak to u nich działa i aby nabrać energii. Nie mówię tu o motywacji, bo ją cały czas mam. Jeszcze się nie wypaliłam zawodowo
I pewnie się nie wypalisz. Ten typ tak ma, a znam to z autopsji.
(śmiech) Pewnie tak. Pewnie to moja adrenalina. Nie ukrywam, że wspomniane początki drużyny starszoharcerskiej w Mchawie dały mi bardzo dużo przemyśleń. Nauczyły mnie podejmowania bardzo wielu działań dla ludzi, dla środowiska. Jednym z nich była akcja, jaką prowadziliśmy wspólnie z pracownikami Nadleśnictwa Baligród, a mianowicie roznosiliśmy stroiki świąteczne do starszych ludzi w Mchawie i Baligrodzie. Nie zapomnę harcerek wracających od osób, które ze łzami w oczach opowiadały o swych przeżyciach związanych z odwiedzinami. Opowiadały mi, że nikt im nie chciał wierzyć, że my tak bezinteresownie, że nie chcemy za to pieniędzy.
I ta właśnie chwila spowodowała we mnie refleksje nad tym, że nawet gdybym poświęciła nie wiadomo ile godzin wychowawczych, mówiąc o potrzebie pomocy ludziom starszym, to nie przyniosłoby to takiego efektu jak to wyjście ze stroikiem. Bo to trzeba przeżyć, aby uruchomić w sobie pewne wartości. Akcję kontynuujemy do dnia dzisiejszego.
Czyli rozumiem, że cały czas zawodowo jesteś związana ze szkołą w Mchawie?
Nie. Już teraz w Baligrodzie, gdyż gimnazja cztery lata temu zlikwidowano i zostaliśmy włączenie do Szkoły Podstawowej w Baligrodzie, a więc i moja wielopoziomowa drużyna harcerska działa przy tej szkole.
Drużyna wielopoziomowa obejmuje jakie dzieci? W jakim wieku?
Od czwartej do ósmej klasy, ale założyłam też gromadę zuchową. Harcerzy mam prawie trzydziestu, a zuchów ponad dwudziestu.
I to Ty prowadzisz i jedną i drugą drużynę?
Tak.


No to przepraszam „kiedy Pani śpi”?
Nie no, nie jest tak źle. Tylko w domu bywam rzadko (śmiech). I z jednymi i z drugimi spotykam się raz w tygodniu, a że mam w drużynie harcerskiej świetnego przybocznego, to działań jest wiele i są bardzo ciekawe: biwaki, półkolonie, zbiórki. We wszystkich tych działaniach oprócz przybocznych pomagają mi też rodzice. Mam cudowną mamę jednej harcerki, panią, a właściwie już druhnę Marię Stelmach, która nie będąc wcześniej harcerką, tak się „wkręciła”, że otwiera właśnie próbę przewodnikowską i bardzo mi pomaga.
Małgosiu powiedz czytelnikom co znaczy kiedy, dzieciaki a nawet i dorośli zwracają się do Ciebie druhno, a nie pani. Pytam bo ja znam to uczucie, ale chciałabym aby czytelnicy się o tym dowiedzieli. Tak z Twojego doświadczenia.
To jest całkiem inne uczucie. Rozchodzi się takie ciepełko w sercu, wręcz aż trudne do określenia, ale cudowne po prostu uczucie.
Jakich przedmiotów uczysz i dlaczego sama ciągle się edukujesz, zdobywasz nową wiedzę i umiejętności, bo wiem, że tak jest?
Uczę języka angielskiego, geografii, muzyki oraz plastyki w szkole w Hoczwi. Mam też przygotowanie do edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej. A co do osobistego rozwoju? Uważam, że całym bogactwem człowieka, jest chęć zdobywania wiedzy – więcej i więcej. Poza tym uważam też, że serce trzeba mieć do wszystkiego czego się podejmujemy.
Ponieważ chciałam tak pomału klamrować temat harcerstwa, a przejść do rozmowy na inny temat dlatego powiedz proszę, jak obecnie funkcjonuje Hufiec Leski? Ilu macie harcerzy, zuchów, et cetera... gdyż mam wrażenie, że harcerstwo w chwili obecnej nie jest tak bardzo popularne jak dawniej.
Komendantem naszego hufca jest ksiądz Tomasz Latoszek, proboszcz z Berezki, ja jestem zastępcą. Obecnie tkwimy jeszcze trochę w takim „świecie covidowym”, w którym musieliśmy niestety - tak jak i inne organizacje - bardzo ograniczyć swoje działania. Jednak pomału wracamy do normalności. Oprócz wielu satysfakcji z naszej pracy, mamy też swoje bolączki. To co nas boli to fakt, że i gromady zuchowe i drużyny harcerskie działają tylko w szkołach wiejskich. W mieście Lesku nie ma żadnej drużyny. Kilkanaście lat temu padł hufiec w Ustrzykach Dolnych i my przejęliśmy tamtejsze drużyny. Jednak czas okazał się dla nas niełaskawy i po rozwiązaniu ustrzyckiego hufca została nam tylko jedna drużyna harcerska w Polanie. W chwili obecnej mamy 12 drużyn i gromad zuchowych.
Czy jesteście organizacją samofinansującą się?
Przynależność do ZHP wiąże się z odpłatnością. Harcerze muszą płacić składki. Po to, aby były one minimalne, zrezygnowaliśmy z części składek przeznaczonych dla naszego hufca. Pobieramy tylko to, co musimy odprowadzić dalej do Komendy Chorągwi i Głównej Kwatery ZHP. Chcąc jakoś sobie radzić w tych współczesnych czasach, dh Tadeusz Domożyk i dh Jarek Wojtas - poprzedni komendant hufca i inni instruktorzy, przy naszym hufcu założyli stowarzyszenie „Edukacja i rozwój”, przez które staramy się pisać projekty i zdobywać środki finansowe. Lokal mamy na szczęście udostępniony nieodpłatnie przez Starostwo Powiatowe w Lesku, za który jesteśmy bardzo wdzięczni.


A w którym miejscu Leska mieści się hufiec?
Na ul. Wincentego Pola, przy Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, w byłym internacie liceum. Wracając jednak do zdobywania środków i wsparcia - ja i moje drużyny bardzo dużo otrzymujemy od Nadleśnictwa Baligród. Z darowizny nadleśnictwa praktycznie umundurowałam harcerzy od stop do głów i zawsze możemy liczyć z ich strony na wsparcie i pomoc. Jednak to nie jest tak, że my tylko wyciągamy ręce o pomoc. My praktycznie współpracujemy. Chodzimy na szkółki, sadzimy lasy, bierzemy udział w różnych akcjach, nagrywamy wspólnie kolędy. I tak to się toczy, że nie tylko „chcemy” ale też „dajemy”.
Kiedy zwracałam się do Ciebie z prośbą o wywiad dla Echa Bieszczadów wspomniałaś, że chciałabyś też porozmawiać o innych inicjatywach. Co miałaś wówczas na myśli?
Bardzo chciałabym aby w tej naszej rozmowie mocno wybrzmiało, to że sama nie byłabym w stanie zrobić nic. Wszystko co robię jest dzięki innym osobom. Same chęci nie wystarczą, bo w pojedynkę nie można zdziałać prawie nic. Trafiłam najpierw na harcerstwo. To tu dzięki Tadeuszowi Domożykowi, Ani Domożyk,  Jarkowi Wojtasowi i ludziom ze wspomnianego stowarzyszenia, uczestniczyłam w różnych projektach i ich podpatrywałam. Uczyłam się od nich bardzo wiele i teraz przeniosłam to na środowisko baligrodzkie, z którym czuję się mocno związana. Jednak gdyby nie harcerstwo i całe piękno, które z niego wyciągnęłam, nie byłoby też kolejnej mojej pasji jaką stał się teatr amatorski. Na początku powstały „Jasełka” bardzo dobrze przyjęte, którymi zjednoczyliśmy sobie środowisko. Potem zaczęliśmy wspólnie pisać projekty w ramach programu Działaj Lokalnie. Ponieważ nie mieliśmy osobowości prawnej, stworzyliśmy na początek Grupę Nieformalną pt. „Teatr wielu pokoleń”. Krzysztof Chytła - dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Baligrodzie, dał nam osobowość prawną i tak właśnie zaczęła się kolejna moja przygoda z pisaniem projektów, zdobywaniem środków finansowych na kostiumy, scenografie, doposażenie. Mamy już za sobą kilka spektakli, w tym „Pasje” w różnej postaci. Chciałabym podkreślić tu ogromne wsparcie, które uzyskujemy ze strony całego środowiska, w tym gminy Baligród, dyrektor Szkoły Podstawowej w Baligrodzie, Nadleśnictwa Baligród i lokalnych przedsiębiorców.
Czy mam rozumieć, że z tym teatrem, raz do roku wystawiacie jakiś spektakl dla środowiska?
Tak. Pierwszym poważnym spektaklem były „Dziady”. Włożyliśmy w niego mnóstwo pracy i energii, serca i wypadło nam świetnie. Potem, dzięki inspiracji Fundacji Bieszczadzkiej i pani Lucyny Sobańskiej  przygotowaliśmy widowisko, do którego moja koleżanka, wspaniała polonistka Asia Kamińska-Szpak napisała scenariusz. I tak powstał spektakl oparty na legendzie pt. „Biesy i Czady” i nie ukrywam, że był to jedyny spektakl, który wystawiliśmy kilka razy. Ostatni spektakl jaki przed pandemią wystawiliśmy nosił tytuł „Czekoladki” i dedykowany był kobietom w dniu ich święta 8 marca. Była to komedia kryminalna, przy której my kobiety świetnie się bawiłyśmy.
Czyli rozumiem, że teatr stał się kolejną ścieżką twoich pasji?
Tak. Jednak z Teatru Wielu Pokoleń zrodziło się nasze nowe dziecko mające już osobowość prawną, a mianowicie założyliśmy pod koniec 2019 roku Stowarzyszenie „Ludzie z pasją”. Nasze kredo stowarzyszeniowe to: kultura, tradycja i międzypokoleniowość. Udało nam się już zdobyć pierwszy grant i w ramach programu „Etno Polska” z projektu „Etnobieszczady - międzypokoleniowe spotkania z kulturą”, przeprowadziliśmy warsztaty malowania aniołów bieszczadzkich. Ponad setka naszych dzieci uczestniczyła w warsztatach w Bieszczadzkiej Szkole Rzemiosła w Uhercach Mineralnych i w warsztatach bibułkarstwa, wydaliśmy też kalendarz. Jestem przekonana, że nie jest to nasze ostatnie słowo, bo mamy w sobie bardzo wiele zapału do wspólnych działań i łączenia pokoleń.


Będziemy już kończyły nasza ciekawą rozmowę. Jednak przybywając u Ciebie w domu buduje mi się piękny obraz kobiety, żony, mamy. Jak Cię odbierają Twoi najbliżsi?
Akceptują na szczęście (śmiech).
Akceptują bo nie mają innego wyjścia, czy nauczyli się pewnego sposobu życia przy Tobie?
Mój mąż pewnie się tego nauczył, ale zawsze miałam i mam w nim wielkie wsparcie. Nigdy nie usłyszałam jakiegoś przytyku pod hasłem „Nigdy cię nie ma w domu”, a wręcz przeciwnie, zawsze mogłam na niego liczyć, podwoził, odbierał, czekał... Teraz jest oczywiście trochę łatwiej, bo dzieci są już dorosłe, ale gdy były małe to nigdy nie było problemu z pomocą przy dzieciach.
To mąż. A dzieci jak Cię odbierały i odbierają?
Filip trzydziestolatek, nigdy harcerzem nie był, ale wie i akceptuje fakt, że mama po prostu taka jest. Natomiast Ania harcerka, studiuje już czwarty rok na anglistyce i drugi kierunek finanse i rachunkowość. Nie wiem na prawdę jak ona to robi. Jestem ogromnie dumna z obojga moich dzieci.
Jak myślisz czego najbardziej wartościowego nauczyłaś, a właściwie nauczyliście ze swym mężem Jankiem swoje dzieci?
Mam nadzieję iż przede wszystkim tego, aby być dobrym dla innych. Z resztą, uczę tego wszystkich młodych ludzi, z którymi pracuję i jako instruktor i jako nauczyciel i jako dorosły człowiek. To moja życiowa dewiza.
Bardzo dziękuję za wspaniała rozmowę. O tylu ważnych elementach Twojego życia nie napisałam. O twojej miłości do zwierząt i niecodziennej opiece nad nimi, o rozważaniach nad edukacją zdalną. Przepraszam, że tego nie ujęłam ale myślę, że może kiedyś wrócimy do naszej rozmowy za którą Ci Małgosiu pięknie dziękuję.
Dziękuję pięknie i ja.

TEKST: Grażyna Kaznowska
ZDJĘCIA: arch. pryw. Małgorzaty Kowalskiej